Niedziela Teresy od Dzieciątka Jezus
Rękopis A Święta ! Ach! O ile te wielkie przypadały rzadko, to każdy tydzień przynosił święto bardzo mi drogie: "Niedzielę". Jak niezwykły to dzień, Niedziela. ! To było święto dobrego Boga,swięto odpoczynku. Najpierw mogłam dłużej pospać, potem mama Paulina tak rozpieszczała swoją córkę,przynosząc jej kakao do łóżka, po czym ubierała ją jak królewnę. Chrzestna mama zaś przychodziła ufryzować włosy swojej chrzestnej córce, choć ta nie zawsze była grzeczna ,kiedy ja za włosy ciągnięto.

Później jednak, z ogromnym zadowoleniem brała za rękę swojego Króla, który tego dnia całował ja jeszcze serdeczniej. Po czym rodzina udawała się na mszę. W czasie drogi, a nawet w kościele, królewna trzymała Tatę za rękę,jej miejsce było zawsze przy nim, a kiedy musieliśmy zejść na kazanie, trzeba było znaleźć dwa wolne krzesła, stojące oczywiście obok siebie. Nie było to trudne, wszyscy bowiem zdawali się patrzeć życzliwie na tak pięknego Starca i jego piękną, maleńką córkę i chętnie ustępowali im miejsca. Wuj, który zasiadał w ławie rady parafialnej, cieszył się na nasz widok. Mawiał, że jestem dla niego promykiem Słońca.... Mnie zaś spojrzenia ludzi zupełnie nie krępowały, słuchałam bowiem uważnie kazań, choć nie rozumiałam z nich wiele. Pierwszym, które pojęłam i które mnie do głębi wzruszyło, było kazanie o Męce Pańskiej, wygłoszone przez ks. Ducelier. Odtąd rozumiałam wszystkie kazania. kiedy kaznodzieja mówił o Św. Teresie , tato nachylił się ku mnie i szeptał :"Słuchaj dobrze, królewno, mówią o twojej Świętej Patronce. " I słuchałam rzeczywiście uważnie, lecz częściej patrzyłam na tatę niż na kaznodzieję; ,jego piękna twarz mówiła mi tak wiele. ! Niekiedy oczy jego wypełniały się łzami, które próbował daremnie powstrzymać. Zdawał się już nie należeć do ziemi, z tak wielkim upodobaniem pogrążał się w odwiecznych prawdach. !.... Tym niemniej był daleki od ukończenia biegu, wiele lat miało jeszcze upłynąć, nim jego oczy zachwyciły się pięknym Niebem, a Pan otarł łzy dobremu słudze.! Wracam jednak do Niedzieli. Ten radosny dzień, który mijał tak szybko ,miał w sobie nutkę melancholii. Pamiętam, ze mojego szczęścia nic nie mąciło do czasu komplety, lecz w czasie tego oficjum myślałam już o tym, że nazajutrz trzeba będzie wrócić do codzienności, pracować, uczyć się. I znów czułam,że ziemia jest miejscem wygnania ... wzdychałam za wiecznym odpoczynkiem w niebie, za Niedzielą bez zachodu słońca w Ojczyźnie. Wieczorem wszystko napawało mnie uczuciem smutku, nawet przechadzki, które odbywaliśmy przed powrotem do domu, bo nie byliśmy już razem; tato, ku radości, pozwalał zostać u niego Marii lub Paulinie. Byłam szczęśliwa tylko wtedy, gdy zostawałam z nimi. Wolałam to, niż kiedy wuj zapraszał mnie samą, gdyż przy innych zwracano na mnie mniejszą uwagę. Najbardziej lubiłam wuja słuchać, lecz nie lubiłam , kiedy mnie o coś pytał i bałam się bardzo, kiedy sadzał mnie na jednym kolanie, śpiewając wspaniałym głosem Barbe-bleu. Cieszyłam się z tego, kiedy tato już po nas wracał. W drodze do domu wpatrywałam się w gwiazdy, łagodnie migoczące; ich widok był dla mnie czarujący. Wśród nich było zwłaszcza skupisko złotych pereł, które rozpoznawałam z radością, uważałąm bowiem, że tworzą literę T. Pokazywałąm ja tacie ,mówiąc , że moje imię wypisane jest w niebie, po czym nie chcąc patrzeć na brzydką ziemię, prosiłam, by mnie prowadził za rękę . Wtedy, nie zważając, gdzie stawiając kroki,zadzierałam głowę do góry, podziwiając bez końca gwieździste nieboskłony!.......





Komentarze